baner

Wywiad

Żyjąc w ciągłym niedoczasie - rozmowa z Tomaszem Kołodziejczakiem cz. 2

Aleja KomiksuKatedra
Tomasz Kołodziejczak jest pisarzem SF i redaktorem naczelnym Klubu Świata Komiksu – komiksowej gałęzi wydawnictwa Egmont. Pierwsza część wywiadu z nim dostępna jest w tym miejscu.

Czarny HoryzontAleja Komiksu, Katedra: Krótka historia, którą zaprezentowałeś w „Czarnym Horyzoncie” na pewno nie zaspokoi czytelniczych apetytów. Niedosyt, który sam odczuwam, po lekturze związany jest na pewno z dużymi oczekiwaniami, szczególnie, że tak długo musieliśmy czekać na nową powieść. Masz już pomysły na nowe historie? A może jest szansa na bardziej złożoną, wielowątkową opowieść ze świata „Pięknej i grafa”?

Tomasz Kołodziejczak, Egmont: Mam nadzieję, że twój niedosyt jest spowodowany małą objętością książki, a nie jej niską jakością :). „Czarny horyzont” to rzeczywiście krótka powieść. Zasadniczo jednowątkowa. Dzisiejszy czytelnik przyzwyczajony jest do wielotomowych cykli, cegieł po kilkaset stron. Ja wolę czytać chudsze książki. Może to kwestia braku czasu, może wieku (ech, te małe literki!), może naczytania się już fabułek o młodzieńcach dojrzewających do zostania władcami imperiów. Na półkach w domu mam setki książek, które chciałbym jeszcze w życiu przeczytać. Zrobiłem sobie listę dziesiątków filmów do obejrzenia. Miejsc na świecie do odwiedzenia. Planszówek, w które chcę pograć. Nie mam czasu na grube książki.

Zresztą, w fantastyce zawsze bardziej ciekawiło mnie raczej zaglądanie do wielu różnych światów, niźli długie pobyty w którymś z nich. A ponieważ takie książki lubię czytać, takie też i piszę.

Na te sprawy nakłada się… życie. Pisanie wciąż jest dla mnie zajęciem „po godzinach”. „Czarny Horyzont” pierwotnie miał być trzytomową, kilkuwątkową sagą. Ale zorientowałem się, że – pracując w weekendy - najzwyczajniej nie dam rady zrobić takiej dużej książki. Dlatego wybrałem inna strategię – krótszych tekstów, prezentujących różne aspekty wymyślonego świata. Niemal równolegle z powieścią w miesięczniku „Science Fiction” ukazało się opowiadanie „Nie ma mocy na docenta”, w planach mam kolejne. Przez wszystkie te teksty przeplatają się pytania i sprawy podstawowe dla losów powieściowego świata i bohaterów: kim/czym są barlogi i elfy; dlaczego tak naprawdę tu przybyły, co się dzieje z innymi Planami rzeczywistości; jaki jest ostateczny los siostry Kajetana; czym jest magia w tym świecie; no i oczywiście, co przydarzy się bohaterom. Na te, i inne pytania chcę powoli odpowiadać w kolejnych tekstach.

Dodam jeszcze, że w przyszłym roku powinien ukazać się zbiór opowiadań ze świata „Czarnego horyzontu” (w tym jeszcze czytelnikom nieznanych).

W pewnym stopniu Kajetan z opowiadań, a Kajetan z powieści to różne postacie. W tym drugim przypadku główny bohater otrzymał niemałe wsparcie, wydaje się być o wiele bardziej potężnym bohaterem niż wcześniej. Skąd ta zmiana w kreacji postaci?

Te teksty dzieją się w różnych latach. Poniżej mój roboczy "tajmlajn". W powieści Kajetan jest już doświadczonym, „wpakowanym” bohaterem. Zmieniają się także pewne aspekty świata, technologii, wiedzy, granic państw.

2035 - KLUCZ PRZEJŚCIA
2049 - PIĘKNA I GRAF
2052 - NIE MA MOCY NA DOCENTA
2055 - CZARNY HORYZONT

Na to nakłada się jeszcze jedna kwestia, związana z warsztatem i samym procesem tworzenia. W miarę pisania kolejnych tekstów ja sam coraz więcej wiem o moim świecie. Do głowy przychodzą mi nowe, fajne pomysły, które muszę wprowadzić do powieściowej rzeczywistości. Czasem są one sprzeczne z tymi ze starszych opowiadań. Czasem fabuła i bohaterzy idą w inną stronę niż zakładałem pierwotnie. W miarę upływ lat zmieniają się też moje zainteresowania, pojawiają nowe tematy, o których chcę pisać. To naturalne. Dlatego starsze teksty, na potrzeby zbiorku, będą musiały być zgrane z „kanonem”, którym w tej chwili jest powieść.

W „Czarnym Horyzoncie” nie zabrakło nawiązań do najnowszej historii Polski, chciałem jednak zapytać się o sytuacje geopolityczną świata, która wydaje mi się, że koresponduje trochę z koncepcją Polski jako mesjasza narodów. Odwróciłeś też często wykorzystywany motyw silnej, imperialnej Polski. Teraz jej siła pochodzi częściowo z zewnątrz ale też ważna jest wiara, religia. Skąd pomysł na tego typu zmiany w świecie przedstawionym?

To jest temat na dłuższą opowieść. Generalnie – taki świat wydał mi się intrygujący. Umożliwia opowiadanie ciekawych historii, zabawę fantastycznymi gadżetami, wymyślanie nowych scenograficznych patentów, a jednocześnie grę z realną historią, kulturą, obyczajowością. Typ magii, jaki opisuję w powieści, mógłby funkcjonować – i byłby, mam nadzieję, nadal oceniony jako oryginalny – w fikcyjnej rzeczywistości dowolnego Neverlandu fantasy. Nałożony na lokalne, polskie realia dostaje dodatkowego bajeru, ale też znaczeń, kulturowego podłoża, mitologicznych odniesień. Daje nowe możliwości samej zabawy konwencją, ale także jej wykorzystania do literackiej rozmowy o sprawach trudniejszych. Kiedy mówię „mitologiczne odniesienia” mam na myśli odwołania do różnego rodzaju mitologii. Tradycyjnych (tarcza pól ochronnych to grecka „egida”), literackich (złe stwory zostały po prostu przez ludzi ochrzczone „balrogami”, z Tolkiena), narodowych (magiczna rola historycznych symboli).

A czemu Polska, a nie Bułgaria czy Francja? No, bo na Polsce znam się znacznie lepiej… Mówiąc nieco poważniej - sama ontologia przedstawionego świata zakłada, że magia działa i konstytuuje się w nim przez artefakty, symbole, słowa ważne dla historii/kultury/religii. Stąd sięgnięcie również do naszych narodowych legend.

kolory_sztandarowNiebawem do księgarń trafi wznowienie „Dominium Solarnego”, zmieniałeś coś w książkach, wprowadziłeś jakieś drobne poprawki? Czy może książki pozostają bez zmian?

Dwie powieści – „Kolory sztandarów” i „Schwytany w światła” - ukazują się praktycznie bez zmian, jeśli nie liczyć drobnych poprawek redakcyjno-korektorskich. Jako trzecia książka wyjdzie zbiór opowiadań ze świata DS, zawierający wszystkie teksty z tego uniwersum. Część z nich była pisana przed powieściami, więc nie wszystkie nazwy własne i fakty z tła tego wszechświata występowały w nich w wersji spójnej z późniejszą powieścią. Na potrzeby zbiorku wszystko to oczywiście ujednoliciłem.

Na blogu Fabryki Słów jakiś czas temu można było przeczytać, że masz pomysł na powrót do "Dominimum Solarnego". Mógłbyś coś więcej zdradzić?

Chciałbym, aby do tego zbiorku dołączyło nowe opowiadanie. Jednak na razie nie mam nic konkretnego, a pracuję teraz nad kilkoma innymi projektami.

Komiks, powieści i opowiadania - co lepiej ci się pisze, a co daje większą satysfakcję po skończeniu?

Czasem lubię jedno, czasem drugie. Żyjąc w ciągłym niedoczasie, łatwiej mi pisać komiksy – ich wykończeniem zajmuje się wszak ktoś inny. Z drugiej strony to właśnie praca tego „kogoś innego” będzie przede wszystkim oceniana, ona zdecyduje o sukcesie. Powieść jest moja i tylko moja – sława, pieniądze i hurysy, ale też zgniłe pomidory i złośliwe recenzje.

Jaka jest różnica między pisaniem prozy a scenariusza komiksowego?

Różnic jest wiele. Podstawowa, to fakt, że jako autor prozy w pełni kontrolujesz – na ile oczywiście pozwalają ci umiejętności – finalne dzieło. Kiedy piszesz scenariusz, wiele zależy od rysownika. Na ile cię zrozumiał, na ile podziela twoją wizję historyjki, na ile zdoła zrealizować twoje scenariuszowe założenia (bo mu upchałeś za dużo wydarzeń na stronie, na przykład). To zresztą zawsze był dla mnie bardzo fajny moment – gdy grafik pokazywał mi gotowe plansze do scenariusza. No a ponieważ zawsze pisałem dla moich przyjaciół i świetnych artystów (Przemek Truściński, Krzysztof Kopeć), to co mi pokazywali, było czasem zaskakujące ale zawsze fajne.

Ale podstawowa różnica tkwi po prostu w odmienności tych mediów. W prozie używasz słów i zdań do opisania miejsc, ludzi, wydarzeń – w fantastyce często całkowicie wymyślonych. Te obiekty tak naprawdę nie istnieją, za pomocą języka szuflujesz do mózgów czytelników ich potencjalne kształty, kolory, ruchy. Słowa, metafory i określenia mają wyrezonować w umyśle odbiorcy konkretną wizję, nastrój, reakcję. Proces kształtowania się opisywanego obiektu następuje w czasie czytania.

W komiksie to wszystko jest narysowane. Potwór ma określoną gębę, kolor, liczbę nóg. Widać go. Przerażające stwory z prozy Lovecrafta w adaptacjach komiksowych często wyglądają po prostu groteskowo. Z drugiej strony komiks ma inne atuty. To obraz. Działa na wzrok, najważniejszy ze zmysłów. Nie jest linearny jak literatura. Jednocześnie widzę postać, tło za nią, cień na murze, tekst w dymku. Sąsiedni i następny kadr. Perspektywę przestrzeni i czasu. To inny niż literatura język, inna komunikacja.

Dlaczego tak mało pisarzy tworzy także scenariusze komiksowe - Neil Gaiman jest chlubnym wyjątkiem? Z drugiej strony scenarzyści komiksowi nie tworzą na ogół fabuł. Może te dwie aktywności twórcze nie idą w parze?

Wcześniej próbowałem to powiedzieć – to są dwa różne media. Po prostu są twórcy, którzy władają tylko jednym z nich, a znacznie mniej rozumie artystyczny język obu. Czasami jest to też kwestia funkcjonowania w różnych środowiskach, budowania swojej pozycji na jednym z rynków. King może napisać scenariusz komiksu, ale zarobi więcej kasy jak napisze kolejną powieść.

Panuje opinia, że Egmont wydaje mało polskich komiksów – czy coś się zmieni w tym zakresie?

To słuszna opinia. Wydajemy ich mało. Nie sądzę, żeby miało to się zmienić w najbliższym czasie.

Może powinieneś sam zacząć pisać więcej scenariuszy komiksowych? Rysownicy chyba by się znaleźli?

Eeee, wiesz jak to jest z tymi polskimi wydawcami. Małe nakłady, mało płacą, marudzą, że rynek słaby… Tak na serio, to oczywiście mam kilka projektów komiksowych w komputerze. Nie realizuję ich, bo przede wszystkim chciałem skończyć powieść. Poza tym – żeby ten komiks, ujrzał światło dzienne, jakiś grafik musi mu poświęcić pół roku życia. A ponieważ polscy wydawcy komiksowi marnie płacą, nie mam sumienia namawiać nikogo do tej roboty.

Największą sławę przyniosły ci powieści hard SF. Dlaczego, wracając do pisarstwa, zdecydowałeś się wiec na fantasy, a nie SF?

Rozumiem twórców, którzy przez dwadzieścia lat piszą kolejne tomy jednej sagi. To bardzo ekonomiczna strategia dla pisarzy żyjących przede wszystkim z literatury. Jednak ja wolę inaczej. Lubię zaglądać do różnych literackich konwencji, bawić się nimi, rozwijać je. Pisywałem klasyczną hard sf, space operę, opowiadania polityczne i socjologiczne, ale też i typową heroic fantasy czy fantastykę humorystyczną. Prozę, gry, komiksy, wiersze. Bawi mnie płodozmian i różnorodność.

„Czarny horyzont” to miks science fiction, fantasy, z elementami prozy wojennej, historycznej, politycznej (ale i obyczajowej). Taka konwencja wydała mi się interesująca. Zresztą, „Czarny horyzont” w pewnym sensie może być nazwany fantastyką naukową. Magia rządząca tym światem ma pewne reguły, procedury, prawa. Z przyjętych założeń konstrukcyjnych uniwersum wynikają logiczne konsekwencje dla jego funkcjonowania. Wreszcie, sam temat powieści, cel podróży Kajetana, bardziej związany jest z działaniami naukowymi niż czarnoksięskimi (polecam lekturę).

img055Przeglądając zapowiedzi wydawnictw zajmujących się fantastyką, można zaryzykować tezę o przewadze publikacji fantasy nad SF. Skąd ta popularność tego gatunku?

Znów – to temat na dłuższe rozważania. Przyczyn jest wiele, między innymi i taka, że nowoczesna science fiction, ta od Egana i Dukaja, dotarła w swych badaniach rzeczywistości bardzo daleko, do swoistego horyzontu poznania. Bawi się już nie rakietami, robotami i alienami, tylko samą fizyką, kosmologią, filozofią. To proza wymagająca od twórcy niezwykłej erudycji, wyobraźni, warsztatu, ale i niełatwa do czytania. Oczywiście, ukazuje się sporo przygodowej SF, mało oryginalnej, ale zręcznie napisanej, sam czytam z wielkim ukontentowaniem na przykład cykl Honor Harrington.

Przemiany cywilizacyjne, kulturowe sprawiają, że ludzie mniej się interesują rozwojem nauki, nie rozumieją jej często, świat zaawansowanej elektroniki to dla nich często coś na kształt magii. Włączam guzik – maszyna działa. Dlaczego działa – nie wiem.

Brakuje też stymulatorów wyobraźni dla science fiction – podbój kosmosu został wstrzymany, nie próbujemy polecieć na Marsa, nie budujemy baz na Księżycu. Dawna fantastyka naukowa – nieważne czy amerykańska czy radziecko/demoludowa – niosła często elementy pozytywnie utopijne. Ludzie przyszłości mieli być lepsi, myśleć o rozwoju nauki, być gotowi do ryzykownych lotów w kosmos, budować zjednoczony świat itp. itd. Tymczasem ta przyszłość, ten bardzo science-fictionowy rok 1999, przyszedł do nas i przekonaliśmy się, że zaawansowana nauka nie rozwiązuje ziemskich problemów. Mamy superkomputery w telefonach komórkowych, a ludzie nadal umierają z głodu i wycinają się maczetami.

Natomiast literatura fantasy – opowiada egzotyczne przygody, rysuje wspaniałe pejzaże, umożliwia tworzenie bardzo różnorodnych fabuł, bawi się magią, ezoteryką, grozą. Lepiej chyba wpisuje się w zeitgeist epoki. Zastąpiła też na rynku prozę przygodową, historyczną, podróżniczą, taką jaką masowo czytywaliśmy w dzieciństwie w moim pokoleniu (te wszystkie Maye, Fiedlery, Wernice, Verny itp.). Na to się nakłada marketing - modne filmy, seriale, gry stymulują bardziej klimaty magiczno-horrowe.

„Czarny horyzont” musi konkurować z ogromną ilością tytułów fantasy? Bezpieczniej nie było powrócić z powieścią hard SF?

Pisałem o tym wyżej. To nie był element kalkulacji. Po prostu – taki miałem pomysł i o nim chciałem opowiedzieć czytelnikom.

Przed laty polska fantastyka też się sprzedawała kiepsko. Dziś można mówić nawet o nadurodzaju, trudno też wyobrazić sobie księgarnie bez dużej półki z polską fantastyką. Co było przyczyną tego boomu? Czy możesz sobie wyobrazić podobną sytuację na rynku komiksu? Co musiałoby się stać, żeby do tego doszło?

Na to pytanie lepiej odpowiedzą obecni wydawcy fantastyki. Ja mogę wspominać lata 90-te, gdy sam aktywnie działałem i jako autor, i wydawca, i organizator konwentów. Tak, był wtedy nieurodzaj. Tak, polski rynek na początku lat 90-tych został zawalony przez gigantyczną liczbę tytułów anglosaskich. Ale nawet na tym zawalonym rynku, w kryzysie, niektórzy polscy autorzy sprzedawali po kilka tysięcy egzemplarzy książek, działało zawsze kilka pism drukujących prozę (Fantastyka, Feniks, Voyager, potem Science Fiction, a także inne magazyny). Istniała więc dla młodego pisarza przestrzeń debiutu, drukowania kolejnych tekstów, budowania swojej pozycji. Mieliśmy dużą bazę czytelniczą, te dziesiątki tysięcy ludzi, którzy w PRLu kupowali „Fantastykę” i książki. Mieliśmy mistrza, Stanisława Lema, a potem i sobie, i całej polskiej fantasy pozycję budował Andrzej Sapkowski. Działały kluby miłośników fantastyki.

Potem strumień importu przygasł, pojawiła się moda na polskie tematy i klimaty, powstało kilka popularnych dłuższych cykli. Nowi wydawcy – jak Fabryka Słów – zbudowali atrakcyjną ofertę. Fantastyka, w szczególności fantasy i horror, zaczęła być bardziej masowo czytana przez „poharrypotterowskich” nastolatków. Ale w tej polskiej prozie najpopularniejsi są wciąż ci pisarze, którzy debiutowali właśnie w latach 90-tych, albo i wcześniej, jeszcze w 80-tych – Dukaj, Grzędowicz, Komuda, Kossakowska, Piekara, Pilipiuk, Sapkowski, Ziemkiewicz. Co nie oznacza, że nie pojawiło się później wielu młodszych, świetnych autorów.

Komiks, jako medium, nigdy w Polsce nie miał takiej bazy – wydawców, publicystów, fandomu, życia intelektualnego, mediów, pism, debat merytorycznych (i personalnych) o gatunku, a przede wszystkim (nawet w PRLu) czytelników.
O obecnych problemach rynku i medium komiksu więcej mówiłem w pierwszej części wywiadu.

Dlaczego jednak mimo tak dużej popularności fantastyki nie ma na rynku rodzimych komiksów o takiej tematyce, a na łamy "Nowej Fantastyki" powraca jedynie weteran Funky Koval?

Polski komiks lat 90-tych był zdominowany przez fantastykę, wystarczy przejrzeć wydawane wtedy fanziny i pisma. Wynikało to z tradycji, o których tu już pisałem – w PRLu większość fanów komiksu czytała też literaturę SF; ówcześni plus/minus 20-letni twórcy byli zafascynowani Thorgalem i Funkym; promotorem dojrzalszego komiksu było pismo „Fantastyka” itd. itp.. Potem komiks polski został zdominowany przez, nazwijmy to, „satyryczno-obyczajowy” underground, zapisujący już nie fantastyczne fabuły, tylko świat za oknem młodych twórców (Osiedle, Jeż, Wilq). To nawet logiczne – skoro z komiksu nie da się żyć, to nie rysujemy jakichś tam niesamowitych opowieści, tylko opowiadamy sprawach dla nas ważnych, codziennym życiu, rzeczywistości za oknem, doświadczeniach pokoleniowych. A ci, którzy chcą robić fajne, realistyczne (choćby i fantastyczne) komiksy, muszą pracować na duże rynki – Francję, USA. I robią to, jak Adler czy Kowalski.

Dziękujemy za rozmowę

Opublikowano:



Tagi

Egmont Tomasz Kołodziejczak Wywiad

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-